Lokalny Patriotyzm.
Lokalny Patriotyzm - hasło, które nam kibicom Ruchu Radzionków jest bardzo dobrze znane i które doskonale przedstawia nasz fanatyzm do drużyny, która nie walczy o miejsca pucharowe czy mistrza, a wokół siebie nie skupia tysiące kibiców, a mimo to kochamy swój klub tak samo jak kibice w Poznaniu, Łodzi czy Warszawie. Dlatego też postanowiliśmy przepisać felieton z marcowego numeru "To My Kibice" właśnie o kibicach, którzy są wierni swoim mniejszym klubom ..."Stoisz z chłopakami w młynie, drzesz się, żeby wspomóc piłkarzy dopingiem, żeby czuli, że nie są sami i że nie przychodzimy oglądać tak naprawdę ich zwycięstwa, tylko przychodzimy tu dla tego klubu, dla tych barw, dla tradycji.
Inna sytuacja – leje deszcz jak z cebra, a Ty mimo niechęci spowodowanej pogodą jednak zbierasz dupsko i ruszasz za klubem ileś tam kilometrów poza miasto. Zostawiasz wszystko, rodzinę, dom, byleby być tam, gdzie Twój klub rozgrywa mecz. Jeśli to jest Ekstraklasa – jesteś jednym z wielu. Jeśli to jest liga okręgowa – jesteś prawdziwym Fanatykiem pisanym przez duże F.
Zastanawiałeś się kiedyś nad istotą Twojego przywiązania do klubu ? Dlaczego tutaj dalej jesteś, a inni dawno sobie odpuścili i teraz jak Cię spotykają na ulicy dziwią się, że jeszcze działasz, mimo, że masz tak naprawdę te 30-35 lat? Ja nieraz o tym myślałem – co mnie pcha do tego, by tu dalej być, mimo, że jest was kilkunastu i tak naprawdę chyba nigdy nie będzie perspektywy na wielką ekipę i wielkie kibicowskie przeżycia jak na utytułowanych bandach lub takich, które mają za sobą setki i tysiące fanatyków. To lokalny patriotyzm. Przywiązanie do tego, co miejscowe. Support your local football team – kibicuj klubowi ze swojego miasta. Prosta zasada. Maksyma, która stała się hasłem ideowym marki Mentalita’ Ultras. Kibicowanie małym ekipom to w chwilach obecnych przejaw prawdziwej wierności.
Dziś nie jest problemem jechać na jakąś ekipę nawet i 100 km dalej, skoro gra w wysokiej lidze, z rywalami z grupami kibicowskimi, albo na wypasionym stadionie.
Jeśli pozostajesz wierny swojemu klubowi, małemu, bez tradycji, bez szans na wielką piłkę, to masz prawo czuć się kimś więcej niż tylko zwykłym fanem? Przecież nikt z nas nie przychodzi na swój mały klub zobaczyć dobrej piłki. Jakbyśmy to chcieli – zmienilibyśmy adres cotygodniowych wycieczek. A on od lat jest niezmienny. Ja nie mam rozterek takich, jak inni znajomi kumple, którzy jeszcze 4-5 lat temu śmigali na ten nasz klub, a teraz pojawiają się na jakiejś większej ekipie, bo tam większe możliwości albo już w ogóle odpuścili z klimatem trybun.
Kibice wielkich ekip tolerują takie zjawisko, że ma się jakiś tam swój lokalny mały klub, ale jeździ się też na dużą ekipę, bo wiadomo – emocje, większe możliwości, przeżycia… Czy takie kibicowanie można nazwać w ogóle kibicowaniem? Czy to już nie zdrada barw? Czy takim osobom można ufać? Przykro się patrzy na typów, którzy nie tak dawno biegali w szalu Twojej ekipy, a teraz widuje się ich w innych barwach. Czym to wytłumaczyć – takie upodlenie? To upadek wartości. Bo gdy pojawiasz się tam, gdzie jest sukces, zwycięstwo – jesteś jednym z wielu.
Fanatycy też tam są, ale ilu ich jest pokazują lata, gdy klubowi się nie widzie. Gdy jest sukces – jego ojcem chce być wielu, nagle rośnie widownia, publika za chęcią ściąga na mecze. A naprawdę lepiej być KIMŚ byle gdzie, niż BYLE KIM gdzieś. Przynajmniej masz świadomość, że Ci którzy Cię otaczają, to tacy sami jak Ty. Nie chorągiewka, kibic sukcesu, czy jakiś pozer idący na mecz tylko dlatego, żeby mieć plecy na mieście, bo jest za silniejszą czy bardziej popularną ekipą w mieście czy regionie. W małej niezależnej ekipie nie ma takich, bo żeby tu być trzeba być trochę jebniętym.
Jedziesz ileś tam minut dłużej i masz i wyższą ligę, i mecze przy sztucznych światłach i porządne ekipy kibicowskie przyjeżdżające na mecze ze swoją drużyną i walkę piłkarzy o jakieś cele. W mniejszych klubach zazwyczaj nic z tego nie mamy. Podobno miłość nie wybiera – my kibice z mniejszych ekip – jednak wybraliśmy, wszyscy jak jeden świadomie i najlepiej jak mogliśmy"
"A co w tym pięknego? Poświęcenie, który każdy z nas wkłada w to, by jechać za swoją drużyną. Miłość - nie za pieniądze, nie za zaszczyty. Za piękne chwile, których nigdy się nie zapomni, wspomnienia, które zostaną do końca, za kolegów którzy staną murem. Każdego dnia dziękuję Bogu, że jestem kibicem, a nie typem dla którego liczy się kasa i pozycja. Dla nas liczą się chwile. I to my przeżyjemy życie tak jak się powinno. Na całego. Bo do grobu nic nie zabierzemy... a pamięć pozostanie na zawsze!"
Obecny
„TO MY KIBICE”, nr 3 (138) marzec 2013

Inna sytuacja – leje deszcz jak z cebra, a Ty mimo niechęci spowodowanej pogodą jednak zbierasz dupsko i ruszasz za klubem ileś tam kilometrów poza miasto. Zostawiasz wszystko, rodzinę, dom, byleby być tam, gdzie Twój klub rozgrywa mecz. Jeśli to jest Ekstraklasa – jesteś jednym z wielu. Jeśli to jest liga okręgowa – jesteś prawdziwym Fanatykiem pisanym przez duże F.
Zastanawiałeś się kiedyś nad istotą Twojego przywiązania do klubu ? Dlaczego tutaj dalej jesteś, a inni dawno sobie odpuścili i teraz jak Cię spotykają na ulicy dziwią się, że jeszcze działasz, mimo, że masz tak naprawdę te 30-35 lat? Ja nieraz o tym myślałem – co mnie pcha do tego, by tu dalej być, mimo, że jest was kilkunastu i tak naprawdę chyba nigdy nie będzie perspektywy na wielką ekipę i wielkie kibicowskie przeżycia jak na utytułowanych bandach lub takich, które mają za sobą setki i tysiące fanatyków. To lokalny patriotyzm. Przywiązanie do tego, co miejscowe. Support your local football team – kibicuj klubowi ze swojego miasta. Prosta zasada. Maksyma, która stała się hasłem ideowym marki Mentalita’ Ultras. Kibicowanie małym ekipom to w chwilach obecnych przejaw prawdziwej wierności.
Dziś nie jest problemem jechać na jakąś ekipę nawet i 100 km dalej, skoro gra w wysokiej lidze, z rywalami z grupami kibicowskimi, albo na wypasionym stadionie.
Jeśli pozostajesz wierny swojemu klubowi, małemu, bez tradycji, bez szans na wielką piłkę, to masz prawo czuć się kimś więcej niż tylko zwykłym fanem? Przecież nikt z nas nie przychodzi na swój mały klub zobaczyć dobrej piłki. Jakbyśmy to chcieli – zmienilibyśmy adres cotygodniowych wycieczek. A on od lat jest niezmienny. Ja nie mam rozterek takich, jak inni znajomi kumple, którzy jeszcze 4-5 lat temu śmigali na ten nasz klub, a teraz pojawiają się na jakiejś większej ekipie, bo tam większe możliwości albo już w ogóle odpuścili z klimatem trybun.
Kibice wielkich ekip tolerują takie zjawisko, że ma się jakiś tam swój lokalny mały klub, ale jeździ się też na dużą ekipę, bo wiadomo – emocje, większe możliwości, przeżycia… Czy takie kibicowanie można nazwać w ogóle kibicowaniem? Czy to już nie zdrada barw? Czy takim osobom można ufać? Przykro się patrzy na typów, którzy nie tak dawno biegali w szalu Twojej ekipy, a teraz widuje się ich w innych barwach. Czym to wytłumaczyć – takie upodlenie? To upadek wartości. Bo gdy pojawiasz się tam, gdzie jest sukces, zwycięstwo – jesteś jednym z wielu.
Fanatycy też tam są, ale ilu ich jest pokazują lata, gdy klubowi się nie widzie. Gdy jest sukces – jego ojcem chce być wielu, nagle rośnie widownia, publika za chęcią ściąga na mecze. A naprawdę lepiej być KIMŚ byle gdzie, niż BYLE KIM gdzieś. Przynajmniej masz świadomość, że Ci którzy Cię otaczają, to tacy sami jak Ty. Nie chorągiewka, kibic sukcesu, czy jakiś pozer idący na mecz tylko dlatego, żeby mieć plecy na mieście, bo jest za silniejszą czy bardziej popularną ekipą w mieście czy regionie. W małej niezależnej ekipie nie ma takich, bo żeby tu być trzeba być trochę jebniętym.
Jedziesz ileś tam minut dłużej i masz i wyższą ligę, i mecze przy sztucznych światłach i porządne ekipy kibicowskie przyjeżdżające na mecze ze swoją drużyną i walkę piłkarzy o jakieś cele. W mniejszych klubach zazwyczaj nic z tego nie mamy. Podobno miłość nie wybiera – my kibice z mniejszych ekip – jednak wybraliśmy, wszyscy jak jeden świadomie i najlepiej jak mogliśmy"
"A co w tym pięknego? Poświęcenie, który każdy z nas wkłada w to, by jechać za swoją drużyną. Miłość - nie za pieniądze, nie za zaszczyty. Za piękne chwile, których nigdy się nie zapomni, wspomnienia, które zostaną do końca, za kolegów którzy staną murem. Każdego dnia dziękuję Bogu, że jestem kibicem, a nie typem dla którego liczy się kasa i pozycja. Dla nas liczą się chwile. I to my przeżyjemy życie tak jak się powinno. Na całego. Bo do grobu nic nie zabierzemy... a pamięć pozostanie na zawsze!"
Obecny
„TO MY KIBICE”, nr 3 (138) marzec 2013

Dodane: 2013-04-11