Wszystko idzie w dobrym kierunku - Wywiad z Prezesem.
Wywiad, który zamieścił na swojej stronie sportslaski.pl. Rozmawiał Michał Trela.- Można było zmienić nazwę z "KS Ruch" na "MKS Ruch". Ale mam nadzieję, że zyskamy szacunek tym, że nie idziemy na skróty - mówi w rozmowie z naszym portalem Marcin Wąsiak, prezes Ruchu Radzionków ...
Co w tym momencie się dzieje się w Ruchu Radzionków i na jakim etapie są sprawy, które od wakacji próbujecie rozwiązać?
Marcin Wąsiak, prezes Ruchu Radzionków: - Na chwilę obecną staramy się realizować to, co przyjęliśmy sobie w sierpniu zeszłego roku. Czyli pracujemy nad naprawą sytuacji finansowej klubu, która była głównym powodem wycofania z rozgrywek I ligi. Po pierwsze, nie mieliśmy środków na bieżącą działalność. Po drugie, rosło nasze zadłużenie. Po trzecie, na klub został nałożony zakaz transferowy. Głównie nad nimi pracujemy. Nie chcemy, by z powodu niespłaconych zaległości wobec zawodników na klubie ciążył jakiś zakaz transferowy. Każdego tygodnia, każdego miesiąca staramy się pracować nad restrukturyzacją naszego zadłużenia. Mniej więcej postępuje to tak, jak sobie założyliśmy. Zadłużenie na początku wynosiło około 1 400 000 złotych, teraz wynosi już około miliona złotych. Tak to w przybliżeniu miało wyglądać. Było wiadomo, że w ciągu kilku miesięcy nie uda się wszystkiego spłacić, tym bardziej nie biorąc udziału w rozgrywkach, nie mając pierwszej drużyny, czyli głównego nośnika reklamowego. Trudno o nie wiadomo jakie środki, jeśli nigdzie się nie gra. Staraliśmy się zawrzeć ugody z zawodnikami i z instytucjami, bo nie da się prowadzić klubu, gdy jej konta są zajęte przez komornika. Zostało już niewiele osób, z którymi jeszcze nie usiedliśmy do rozmów. Jeśli chodzi o odblokowanie kont, mam nadzieję, że do końca kwietnia uda się to zrobić. Tak żeby z początkiem maja można było przystąpić do procesu licencyjnego przed rozgrywkami III ligi.
Na ten moment byłoby ciężko z uzyskaniem licencji nawet na III ligę?
- Żeby dostać licencję, trzeba spełnić dwa warunki. Pierwszy, to brak zaległości względem ZUS-u i Urzędu Skarbowego. Nad tym pracujemy i myślę, że w kwietniu ten temat zostanie rozwiązany. Druga sprawa to infrastruktura, ale tutaj - jeśli chodzi o rozgrywki III ligi - nie mamy większych problemów ze spełnieniem wymogów. Oczywiście, przed samym startem potrzebna będzie drobna kosmetyka, coś trzeba będzie pomalować, coś podmurować, pospawać, sprzątnąć, ale nie ma jakiegoś ważnego wymogu, którego nasz stadion by nie spełniał.
Skąd klub, który nie gra, czerpie przychody?
- Kalendarz, targowisko miejskie. Mamy też stadion przy głównej ulicy, więc możemy sprzedawać bilbordy i miejsca reklamowe. Wydajemy dalej naszą gazetkę "Ciderland", która jest coraz lepsza i przynosi coraz większe dochody. Głównie z tego żyjemy. Wszystkie wydatki trzeba było ograniczyć, jeszcze bardziej patrzeć na każdą złotówkę, co wiązało się też niestety z restrukturyzacją zatrudnienia. Trzeba było się ograniczyć do minimum, by wprowadzić maksymalne oszczędności. Tymi krokami staramy się przygotować klub do powrotu do rozgrywek seniorskich.
Czyli wbrew ciszy, jaka tu panuje, ma pan na co dzień sporo roboty?
- Wbrew pozorom, te cztery-pięć osób, które są w klubie na co dzień, nie wie w co ma ręce włożyć. Tematów jest dużo. Począwszy od rozmów w sprawie zadłużenia, przez wydawanie gazety, kalendarza. Targowisko też my prowadzimy, więc to nie jest tak, że tylko czerpiemy zyski, ale mamy też mnóstwo pracy z nim związanych, czy to remontowych, czy porządkowych, odśnieżanie, wywóz nieczystości. To też na nas ciąży. Oprócz tego bieżące sprawy. Prowadzimy dalej grupy młodzieżowe, więc poświęcamy im dużo uwagi. W poprzednich latach było to zaniedbane. Wszyscy myśleli tylko o pierwszej drużynie, a odbiło się to negatywnie na tych dzieciakach, które nie zawsze miały zapewnione takie warunki do trenowania, jakie można by im zapewnić. Nie mówię, że jakie by chcieli, bo takie to ma mało który klub w Polsce. Ale trenerzy i rodzice mogą potwierdzić, że w ostatnich kilku miesiącach jest kolosalna różnica w podejściu do grup młodzieżowych.
Mamy kwiecień, więc chyba zaczynacie powoli myśleć o tym, jak będzie wyglądać III-ligowa drużyna?
- Jestem zły, bo obiecałem sobie i wszystkim wokół, że do świąt podamy nazwisko trenera. Jest mały poślizg z tym związany. Nie z mojej winy. Trener, z którym rozmawiamy, wciąż ma jakieś sprawy, które musi wyjaśnić, załatwić, bo prowadzi teraz inny klub. Trochę się to przeciąga, ale mam nadzieję, że najpóźniej do końca kwietnia ten temat się wyjaśni. To wcale nie oznacza, że z tym trenerem już nie prowadziliśmy jakichkolwiek rozmów pod kątem zawodników, obserwacji itd. Kiedy poznamy nazwisko szkoleniowca, on będzie mógł sobie pojeździć trochę po weekendowych wydarzeniach boiskowych, poobserwować zawodników, porozmawiać o tym, czy interesowałaby ich gra w Ruchu Radzionków.
Nazwiska pan nie zdradzi?
- Trenera? Nie. Ale mam nadzieję, że wszyscy w najbliższym czasie się dowiedzą.
Wiadomo, że ciężko mówić o drużynie, gdy nie ma trenera, ale czy pan ma jakąś wizję, jak ten zespół powinien wyglądać, o kogo chcecie go oprzeć?
- Tu trzeba połączyć kilka rzeczy. Przede wszystkim, zdaję sobie sprawę, że młodzieżą w III lidze nie da się grać, bez względu na to, jaki ten poziom III ligi by nie był. Na pewno szkielet drużyny, czyli bramkarz, stoper, rozgrywający, środkowy napastnik powinien być oparty na zawodnikach, którzy troszkę już pograli. Będziemy chcieli oprzeć to na chłopakach z regionu. Niewykluczone, że pojawią się też piłkarze, którzy już kiedyś grali w Ruchu Radzionków, ale w momencie parcia do przodu odpadli, a na poziomie III ligi spokojnie by dali radę. Mam sygnały od trenera Okonia, że w jego grupie juniorów jest trochę chłopaków, którym warto się przyjrzeć i dać im szansę. Może nie jako kluczowym zawodnikom, ale takim, którzy też mogliby znaleźć swoje miejsce w kadrze.
Strasznie trudne zadanie czeka nowego trenera. Zazwyczaj, nawet jak są duże zmiany, to odchodzi 10-12 zawodników. A tu trzeba budować całkowicie od zera...
- My też już to przerabialiśmy. Mówiliśmy, że klub przeszedł "rewolucję kadrową", a polegała ona na tym, że odchodziło dziesięciu graczy. Tu trzeba zrobić całą drużynę. Tłumaczę potencjalnym trenerom, że to jest piękne wyzwanie. Ktoś, kto ma ambicję, żeby coś osiągnąć i gdzieś zaistnieć, ma doskonałe pole do popisu. A Ruch Radzionków jest rozpoznawalną marką na terenie Śląska. Pokazał w ostatnich latach, że potrafi wypromować zarówno trenerów, jak i zawodników. Nowy trener na pewno będzie miał pole do popisu. Wielu będzie się przyglądać jego pracy, więc to będzie szansa zarówno dla niego, jak i dla tych piłkarzy, by pójść śladem tych, którzy tu w ostatnich latach grali i trenowali, a teraz mają się całkiem dobrze.
W jednym z wywiadów czytałem jak mówił pan, że idealny byłby budżet w wysokości miliona złotych. Czy coś więcej wiadomo już w tej kwestii?
- To się nie zmienia. Milion pozwoliłby spokojnie funkcjonowanie na poziomie III ligi i kontynuowanie spłaty zadłużenia. To, że będziemy grali, nie oznacza, że zadłużenie się wyzeruje. Nie, będzie oparte o porozumienia, ugody, które dalej trzeba będzie realizować. Trzeba wygospodarować w budżecie pewną kwotę, która co miesiąc będzie przeznaczana na ten cel. Czy uda się zrobić milionowy budżet? Gorąco w to wierzę. Budżet miasta jest już zatwierdzony i wiadomo, jakie kwoty dostaniemy, ale nie są one takie, by pozwoliły nam dobić do miliona. Na bieżąco jestem w kontakcie z burmistrzem, spotykamy się przynajmniej raz w miesiącu i rozmawiamy o różnych możliwościach. W kwietniu, maju w czerwcu coś się może w temacie finansów zmienić, oczywiście na plus. Oprócz targowiska chcielibyśmy się oprzeć o takie rzeczy jak stypendia dla sportowców i tu kwota nie jest doprecyzowana. Możemy liczyć na pieniądze na umowę reklamową. A resztę musimy sobie już wypracować sami. 7 maja organizujemy w Radzionkowie spotkanie z burmistrzem, na którym pan Gabriel Tobor będzie się starał zaprosić lokalny biznes do współpracy z klubem. Mamy przygotowane pakiety reklamowe i chcemy stworzyć taką piramidę sponsorów. Począwszy od najmniejszych firm, po większe i bogatsze. Uważam, że to jest najzdrowsze. Jeśli oprzemy się na 20-30 firmach, które pozwolą nam funkcjonować, będziemy bezpieczniejsi, niż gdybyśmy się oparli na jednej-dwóch. Nawet gdyby z jedną coś się stało, to nie dzieje się taki dramat. Każdy miesiąc będzie przynosił nam nowe wiadomości i więcej konkretów.
Współpraca z burmistrzem wygląda teraz lepiej? Pamiętam, że w I lidze różnie z nią bywało...
- Poprawiło się. Chociażby przez nasz kontakt z burmistrzem. Nie unikamy trudnych tematów. Miasto też ma swoje problemy finansowe - która gmina ich nie ma? A tym bardziej małe gminy, które nie mają na swoim terenie nie wiadomo jakich zakładów i nie wiadomo jakiego budżetu. Staram się to zrozumieć. Każdy próbuje przeciągnąć "linę" na swoją stronę. Najważniejszy jest dialog. Jeśli się rozmawia, można wiele spraw załatwić. Do tego dążymy. Na pewno nie są to środki, które byśmy sobie wymarzyli i które pozwoliłyby nam spokojnie grać oraz myśleć nawet o wyższych celach. Mam nadzieję, że burmistrz i miasto, radni i mieszkańcy Radzionkowa zrozumieją, że Ruch jest potrzebny temu miastu jako jego główna wizytówka na całą Polskę. Nic tak nie promuje Radzionkowa. To jest tak naprawdę jedna z atrakcji miasta. Liczę, że wszyscy wspólnie w tym kierunku pójdziemy. Drużyna nie jest po to, żeby grać dla prezesa czy burmistrza. Jest dla mieszkańców Radzionkowa. Wszyscy powinniśmy zrobić jak najwięcej, by Ruch znów mógł występować. W tym roku klub obchodzi 94. rocznicę, do setki już więc niewiele. Żal byłoby to wszystko zaprzepaścić.
Czuje pan wsparcie lokalnej społeczności i biznesu? Czy raczej każdą złotówkę musi pan wyszarpać po ciężkich bojach?
- O środki finansowe na pewno trzeba walczyć. Czy czuję wsparcie? Na pewno zainteresowanie, bo z każdej strony ludzie mnie pytają, czy Ruch wystartuje, co robimy, czy będzie drużyna. Ze wsparciem i pomocą - szczerze - już trochę gorzej. Może każdy czeka, co się wydarzy i jak zobaczy, że wystartowaliśmy, to pomyśli "ja też się włączę!". Problem polega na tym, że najwięcej osób powinno się włączyć w tym najtrudniejszym momencie.
Najtrudniejszy pierwszy krok.
- Dokładnie. Jeden patrzy na drugiego i zastanawiają się, kto będzie tym pierwszym, który pomoże Ruchowi. Liczę, że kwestia ogłoszenia trenera i zbliżania się do startu pozytywnie odbije się w społeczności lokalnej i niektórzy bardziej uwierzą, że będzie dobrze i dołożą swoją cegiełkę do tego.
Pamiętam, że burmistrz Tobor mówił kiedyś, że dla takiego miasta jak Radzionków, III liga to maksimum. Czyli w dalszej perspektywie, możecie sobie grać w tej lidze, ale żebyście przypadkiem nie spróbowali awansować, bo znowu się zaczną problemy?
- W świątecznym wywiadzie dla naszego magazynu "Ciderland", burmistrz powiedział, że można by powalczyć w najbliższym czasie o awans do II ligi. Nie chcę powiedzieć, że sam sobie przeczy, bo może to było powiedziane troszkę żartobliwie... Na chwilę obecną III liga to jest maksimum i trzeba to sobie powiedzieć. Są dwa powody. Pierwszy - finansowy. Drugi - infrastrukturalny. Z tym stadionem w II lidze nie damy rady. Co roku zaostrzają się przepisy licencyjne, PZPN przestrzega ich coraz bardziej restrykcyjnie. Powiedzmy sobie szczerze, że jakbyśmy chcieli grać wyżej, to nie tutaj. I tu nie chodzi o jakąś kosmetykę. Nie. Tu trzeba gruntownej przebudowy. Na to nie ma szans.
W ogóle nie widać takiej perspektywy?
- Nie, na pewno nie. Stadion jest na terenie Bytomia i nawet gdyby znalazły się jakieś środki, to nie wiadomo, kto miałby je wyłożyć. Miasto Bytom? Nie. Miasto Radzionków? Też nie. Klub? Jasne, że nie. Poza tym, jedni, drudzy i trzeci nie mają. Kluczem jest nowy obiekt w Radzionkowie.
Na terenie samego miasta?
- Tak. Ten temat trochę się przeciąga...
Wyglądacie na klub bez dłuższej perspektywy. Kiedyś wasz obiekt spełniał wymogi ekstraklasowe, potem już tylko I-ligowe. Teraz nie spełniacie II-ligowych i jak tak dalej pójdzie, za jakiś czas w III lidze też nie będziecie mogli na nim grać!
- Może z III ligą się pan zapędził, bo to już trochę bardziej rozgrywki lokalne. Grają tam drużyny - nie chcę nikogo obrażać - ale raczej na boiskach niż na stadionach. Ale faktycznie, chcąc się rozwijać, potrzebujemy bezwzględnie nowego obiektu. To jest problem całego Śląska. Gliwice się z tym pierwsze uporały.
Teraz budują Zabrze, Tychy, Bielsko-Biała.
- Ale jeszcze do niedawna był to problem całego Śląska i Ruch Radzionków się w to niestety wpisuje. Mam nadzieję, że pójdziemy za tą falą. Może nie w ciągu najbliższego roku-dwóch, ale jakieś działania są wykonywane i mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie uda nam się zagrać na nowym stadionie. A to otworzy furtkę do walczenia o coś więcej.
Z tego, co słyszę, może wam być ciężko o kibiców w przyszłym sezonie. Wiadomo, że na początek ciekawość może przyciągnąć tłumy, ale potem drużyna będzie tylko grać dla samej gry, o nic nie będziecie walczyć?
- Na pewno będziemy sobie stawiali jakieś cele. W każdej lidze gra 16-18 drużyn i sorry, nie każda może walczyć o awans. Niestety, taki jest sport. Ale mam nadzieję, że będziemy się na tyle godnie prezentować, walczyć o każdy metr boiska, nie będziemy kalkulować, chcąc zapewnić fajne widowisko. Mam wrażenie, że fani też już są spragnieni gry. Sam jako kibic wiem jak to jest. To głupie uczucie, nie móc co sobotę pójść zobaczyć mecz swojej drużyny. Trudna sprawa. Głód piłki też tu pewnie wróci i mieszkańcy będą chcieli nas oglądać.
Kiedy latem rozmawiano o przyszłości Ruchu, pojawiały się trzy możliwe opcje. Gra w I lidze za wszelką cenę, roczne wycofanie i przystąpienie później do III ligi, albo gra w A klasie w miejsce drużyny rezerw. Z perspektywy czasu, nie byłoby łatwiej wyjść na zero, grając w A klasie? III liga też kosztuje.
- To prawda, ale uważam, że Ruch Radzionków nie zasługuje na to, by wałęsać się po A klasie. A chcąc wrócić do III ligi, trzeba by poświęcić przynajmniej pięć lat, żeby te awanse wywalczyć. Do okręgówki to nie byłby taki problem, ale żeby wejść do IV czy do III ligi też trzeba mieć środki. Podejrzewam, że nawet większe niż na to, żeby się w tej lidze utrzymać. Poza tym, aspekt finansowy. Jeżeli Ruch Radzionków spowodował zadłużenie wobec wielu ludzi, to należało wziąć na siebie i te rzeczy wyregulować, a nie powiedzieć "sorry, to nie my, to był kto inny. Było, minęło". To byłoby nie fair. Ludzie, podpisując z nami ugody, liczą się z tym, że spłata zadłużenia potrwa nawet kilka lat, ale regularnie otrzymują pieniądze. Staramy się z wszystkiego wywiązywać, bez względu na to, czy ja ponoszę za to odpowiedzialność, czy ktoś inny. Ruch Radzionków ponosi odpowiedzialność. Nie chodzi o nazwiska. Należy pewne rzeczy naprawić.
Nie kusiła was - coraz częstsza niestety - "droga na skróty", czyli połączenie się z jakąś drużyną i stworzenie nowego podmiotu?
- Można było zmienić "KS Ruch Radzionków" na "MKS Ruch Radzionków". Zawsze takie rzeczy są rozpatrywane, ale trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. Mam wrażenie, że niektórzy będą nas przez to bardziej szanować. Potrafimy stawić temu czoła, skoro pewne rzeczy kiedyś zepsuliśmy. Mam nadzieję, że przez to wzrośnie nasza wiarygodność, że będziemy postrzegani jako tacy, którzy mieli problemy, ale potrafili z nich wyjść. Który klub w dzisiejszej piłce nie ma kłopotów? Zadłużenia są o wiele większe od naszych i kluby dalej grają, bo mają za sobą większe miasta i jakoś - na krawędzi - funkcjonują. To jest smutne.
To spytam jeszcze o pierwsze z możliwych letnich rozwiązań. Może trzeba było spróbować szaleństwa i za wszelką cenę wystartować w I lidze? Nie mielibyście raczej gorszych wyników niż obecnie Polonia Bytom.
- Nie wiem, czy to jest takie przyjemne, nie wygrać ani jednego meczu w rundzie. Poza tym, wynik sportowy to jedno. Ale zakaz transferowy powoduje, że ja nie wiem, kim byśmy mogli grać. To byłby bardzo duży problem. Nie było skąd wziąć zawodników. A środki na funkcjonowanie? Gdy mieliśmy zablokowane konta, to co drugi tydzień mielibyśmy problem, jak pojechać na mecz wyjazdowy. Przecież trzeba wynająć i opłacić hotel, znaleźć transport. Mecze u siebie to znowu system identyfikacji kibiców, firma ochroniarska, mnóstwo rzeczy związanych z bieżącymi płatnościami. To by wszystko było postawione do góry nogami.
Znane postacie, które w ostatnich latach wybiły się z Ruchu Radzionków - Artur Skowronek, Rafał Górak czy wielu zawodników - pamiętają o klubie?
- Na bieżąco rozmawiamy, jesteśmy w kontaktach telefonicznych. Ostatnio odwiedził nas Łukasz Skorupski. Na pewno jest widoczne ich zainteresowanie i troska o Ruch. To bardzo cieszy. Spotkałem się z Adamem Banasiem i dużo rozmawialiśmy na temat klubu. Dlatego tym bardziej byłoby żal tak to wszystko puścić w niepamięć i zamknąć klub, który funkcjonował przez 94 lata i jest jednym z najstarszych na Śląsku.
Kiedy ogląda pan mecze ekstraklasę, nie jest panu żal, że tych wszystkich postaci, które kiedyś wybiły się z Ruchu, nie udało się zatrzymać? Gdyby ich zebrać, byłaby całkiem mocna ekipa...
- Nie, mnie to cieszy, że ci chłopcy sobie poradzili i kontynuują kariery, cały czas się rozwijając. Życzę każdemu z nich jak najlepiej. Zarówno trenerom, jak i piłkarzom. Dobrze, że po długiej kontuzji w Polonii Warszawa odżył Miłosz Przybecki. Podczas relacji z meczów często przewija się w ustach komentatorów nazwa naszego klubu, co też jest cenne. Pewnie gdyby dalej grali w Ruchu Radzionków, to nie byliby dziś tacy dobrzy. Był im potrzebny krok do przodu. Nie można się obrażać. Trzeba się cieszyć z tego, że byli kiedyś u nas.
Żeby powoli podsumować naszą rozmowę, widzi pan, że udało się stworzyć zdrowsze fundamenty klubu niż to miało miejsce wcześniej?
- To byłoby naprawdę szaleństwo, gdyby taki upadek nie dał nam nauczki. Gdybyśmy z tego nie wyciągnęli wniosków, nie byłoby to już normalne. Zaczęliśmy rozmowę od budżetu na poziomie miliona złotych, ale jeśli się nie uda go uzbierać, to będziemy grać za 800 albo 750 tysięcy. Jeśli danemu zawodnikowi nie będą odpowiadały zaproponowane warunki finansowe, to po prostu nie będzie grał w Radzionkowie. Podamy sobie ręce i będę mu życzył powodzenia w szukaniu innego klubu. Obiecałem pozostałym członkom zarządu oraz burmistrzowi, że będziemy tak działać. Będziemy funkcjonować w ramach tego, co będziemy mieli. Trener też ma powiedziane, że dostanie tyle, na ile nas będzie stać. Ja wiem, że z punktu widzenia szkoleniowego, fajnie wyjechać na obóz czy na mecz dzień wcześniej, ale jak na to nie będzie pieniędzy, to nie będziemy tego robić. Prosta zasada. Jeśli ja czy pan, mamy 1500 złotych, to jedziemy na wakacje gdzieś blisko, a nie wybieramy się w egzotyczną podróż. Niestety.
Bardziej obawia się pan startu nowych rozgrywek, czy nie może się pan go doczekać? Nie okaże się, że wszystko szło dobrze, dopóki nie zaczęliście grać?
- Tego się już nie obawiam. Jak dojdziemy do momentu, że Ruch będzie mógł występować na boisku, to będzie nagroda za ciężki rok pracy. Mecze będą ciężkie, ale każdy kibic liczy się z tym, że raz się wygra, raz przegra. Chodzi jednak o emocje, o adrenalinę. To daje radość. Nie mogę się doczekać.
Jest pan w 100 procentach pewny, że Ruch Radzionków w przyszłym roku wystartuje w III lidze? Nie ma nawet procenta ryzyka?
- Ciężko to ocenić procentowo. Ja wiem po prostu, co mamy zrobić, żeby wystartować. Jeśli tego nie zrobimy, to nie wystartujemy. Trzeba przyjąć taki scenariusz, że nie wszystko pójdzie tak, jak byśmy chcieli, nie uda się osiągnąć porozumień z ZUS-em czy z kimś innym. Jest takie zagrożenie. Ale mam wrażenie, że z każdym miesiącem jest ono coraz mniejsze. Powoli wszystkie klocki się składają, więc raczej wystartujemy.
Mówiliśmy, że za sześć lat klub będzie świętował stulecie. Gdzie pan wtedy widzi Ruch Radzionków?
- Na pewno na nowym stadionie. To nie ulega wątpliwości. Ciężko mówić. Kiedyś Ruch Radzionków pałętał się po III ligach i za chwilę znalazł się w ekstraklasie. A kilka lat temu? Graliśmy w III-IV lidze, a za moment byliśmy w I. Los i życie są nieprzewidywalne. W sporcie pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Czasem drużyna gra tak super, że wszystkich zaskoczy i wywalczy awans. Gdzie bym chciał, żebyśmy byli? Dobrze by było, gdyby Ruch zaistniał jeszcze w I lidze. Zdaję sobie sprawę, że wymogi na grę w ekstraklasie stają się powoli takie, że mogą je spełnić tylko duże miasta. Miasteczka raczej odpadają, nie licząc ośrodków, w których jest jakiś potężny inwestor z prawie nieograniczonymi środkami finansowymi. Taka Nieciecza. Ale mocne, duże miasta, ze stadionami i z kibicami powoli zaczynają dominować w ekstraklasie. W I lidze potrafiliśmy jednak grać i radzić sobie z dość niewielkim budżetem. To jest realny poziom rozgrywek dla Ruchu Radzionków, ale musiałoby się na to złożyć bardzo wiele czynników.
Marcin Wąsiak, prezes Ruchu Radzionków: - Na chwilę obecną staramy się realizować to, co przyjęliśmy sobie w sierpniu zeszłego roku. Czyli pracujemy nad naprawą sytuacji finansowej klubu, która była głównym powodem wycofania z rozgrywek I ligi. Po pierwsze, nie mieliśmy środków na bieżącą działalność. Po drugie, rosło nasze zadłużenie. Po trzecie, na klub został nałożony zakaz transferowy. Głównie nad nimi pracujemy. Nie chcemy, by z powodu niespłaconych zaległości wobec zawodników na klubie ciążył jakiś zakaz transferowy. Każdego tygodnia, każdego miesiąca staramy się pracować nad restrukturyzacją naszego zadłużenia. Mniej więcej postępuje to tak, jak sobie założyliśmy. Zadłużenie na początku wynosiło około 1 400 000 złotych, teraz wynosi już około miliona złotych. Tak to w przybliżeniu miało wyglądać. Było wiadomo, że w ciągu kilku miesięcy nie uda się wszystkiego spłacić, tym bardziej nie biorąc udziału w rozgrywkach, nie mając pierwszej drużyny, czyli głównego nośnika reklamowego. Trudno o nie wiadomo jakie środki, jeśli nigdzie się nie gra. Staraliśmy się zawrzeć ugody z zawodnikami i z instytucjami, bo nie da się prowadzić klubu, gdy jej konta są zajęte przez komornika. Zostało już niewiele osób, z którymi jeszcze nie usiedliśmy do rozmów. Jeśli chodzi o odblokowanie kont, mam nadzieję, że do końca kwietnia uda się to zrobić. Tak żeby z początkiem maja można było przystąpić do procesu licencyjnego przed rozgrywkami III ligi.
Na ten moment byłoby ciężko z uzyskaniem licencji nawet na III ligę?
- Żeby dostać licencję, trzeba spełnić dwa warunki. Pierwszy, to brak zaległości względem ZUS-u i Urzędu Skarbowego. Nad tym pracujemy i myślę, że w kwietniu ten temat zostanie rozwiązany. Druga sprawa to infrastruktura, ale tutaj - jeśli chodzi o rozgrywki III ligi - nie mamy większych problemów ze spełnieniem wymogów. Oczywiście, przed samym startem potrzebna będzie drobna kosmetyka, coś trzeba będzie pomalować, coś podmurować, pospawać, sprzątnąć, ale nie ma jakiegoś ważnego wymogu, którego nasz stadion by nie spełniał.
Skąd klub, który nie gra, czerpie przychody?
- Kalendarz, targowisko miejskie. Mamy też stadion przy głównej ulicy, więc możemy sprzedawać bilbordy i miejsca reklamowe. Wydajemy dalej naszą gazetkę "Ciderland", która jest coraz lepsza i przynosi coraz większe dochody. Głównie z tego żyjemy. Wszystkie wydatki trzeba było ograniczyć, jeszcze bardziej patrzeć na każdą złotówkę, co wiązało się też niestety z restrukturyzacją zatrudnienia. Trzeba było się ograniczyć do minimum, by wprowadzić maksymalne oszczędności. Tymi krokami staramy się przygotować klub do powrotu do rozgrywek seniorskich.
Czyli wbrew ciszy, jaka tu panuje, ma pan na co dzień sporo roboty?
- Wbrew pozorom, te cztery-pięć osób, które są w klubie na co dzień, nie wie w co ma ręce włożyć. Tematów jest dużo. Począwszy od rozmów w sprawie zadłużenia, przez wydawanie gazety, kalendarza. Targowisko też my prowadzimy, więc to nie jest tak, że tylko czerpiemy zyski, ale mamy też mnóstwo pracy z nim związanych, czy to remontowych, czy porządkowych, odśnieżanie, wywóz nieczystości. To też na nas ciąży. Oprócz tego bieżące sprawy. Prowadzimy dalej grupy młodzieżowe, więc poświęcamy im dużo uwagi. W poprzednich latach było to zaniedbane. Wszyscy myśleli tylko o pierwszej drużynie, a odbiło się to negatywnie na tych dzieciakach, które nie zawsze miały zapewnione takie warunki do trenowania, jakie można by im zapewnić. Nie mówię, że jakie by chcieli, bo takie to ma mało który klub w Polsce. Ale trenerzy i rodzice mogą potwierdzić, że w ostatnich kilku miesiącach jest kolosalna różnica w podejściu do grup młodzieżowych.
Mamy kwiecień, więc chyba zaczynacie powoli myśleć o tym, jak będzie wyglądać III-ligowa drużyna?
- Jestem zły, bo obiecałem sobie i wszystkim wokół, że do świąt podamy nazwisko trenera. Jest mały poślizg z tym związany. Nie z mojej winy. Trener, z którym rozmawiamy, wciąż ma jakieś sprawy, które musi wyjaśnić, załatwić, bo prowadzi teraz inny klub. Trochę się to przeciąga, ale mam nadzieję, że najpóźniej do końca kwietnia ten temat się wyjaśni. To wcale nie oznacza, że z tym trenerem już nie prowadziliśmy jakichkolwiek rozmów pod kątem zawodników, obserwacji itd. Kiedy poznamy nazwisko szkoleniowca, on będzie mógł sobie pojeździć trochę po weekendowych wydarzeniach boiskowych, poobserwować zawodników, porozmawiać o tym, czy interesowałaby ich gra w Ruchu Radzionków.
Nazwiska pan nie zdradzi?
- Trenera? Nie. Ale mam nadzieję, że wszyscy w najbliższym czasie się dowiedzą.
Wiadomo, że ciężko mówić o drużynie, gdy nie ma trenera, ale czy pan ma jakąś wizję, jak ten zespół powinien wyglądać, o kogo chcecie go oprzeć?
- Tu trzeba połączyć kilka rzeczy. Przede wszystkim, zdaję sobie sprawę, że młodzieżą w III lidze nie da się grać, bez względu na to, jaki ten poziom III ligi by nie był. Na pewno szkielet drużyny, czyli bramkarz, stoper, rozgrywający, środkowy napastnik powinien być oparty na zawodnikach, którzy troszkę już pograli. Będziemy chcieli oprzeć to na chłopakach z regionu. Niewykluczone, że pojawią się też piłkarze, którzy już kiedyś grali w Ruchu Radzionków, ale w momencie parcia do przodu odpadli, a na poziomie III ligi spokojnie by dali radę. Mam sygnały od trenera Okonia, że w jego grupie juniorów jest trochę chłopaków, którym warto się przyjrzeć i dać im szansę. Może nie jako kluczowym zawodnikom, ale takim, którzy też mogliby znaleźć swoje miejsce w kadrze.
Strasznie trudne zadanie czeka nowego trenera. Zazwyczaj, nawet jak są duże zmiany, to odchodzi 10-12 zawodników. A tu trzeba budować całkowicie od zera...
- My też już to przerabialiśmy. Mówiliśmy, że klub przeszedł "rewolucję kadrową", a polegała ona na tym, że odchodziło dziesięciu graczy. Tu trzeba zrobić całą drużynę. Tłumaczę potencjalnym trenerom, że to jest piękne wyzwanie. Ktoś, kto ma ambicję, żeby coś osiągnąć i gdzieś zaistnieć, ma doskonałe pole do popisu. A Ruch Radzionków jest rozpoznawalną marką na terenie Śląska. Pokazał w ostatnich latach, że potrafi wypromować zarówno trenerów, jak i zawodników. Nowy trener na pewno będzie miał pole do popisu. Wielu będzie się przyglądać jego pracy, więc to będzie szansa zarówno dla niego, jak i dla tych piłkarzy, by pójść śladem tych, którzy tu w ostatnich latach grali i trenowali, a teraz mają się całkiem dobrze.
W jednym z wywiadów czytałem jak mówił pan, że idealny byłby budżet w wysokości miliona złotych. Czy coś więcej wiadomo już w tej kwestii?
- To się nie zmienia. Milion pozwoliłby spokojnie funkcjonowanie na poziomie III ligi i kontynuowanie spłaty zadłużenia. To, że będziemy grali, nie oznacza, że zadłużenie się wyzeruje. Nie, będzie oparte o porozumienia, ugody, które dalej trzeba będzie realizować. Trzeba wygospodarować w budżecie pewną kwotę, która co miesiąc będzie przeznaczana na ten cel. Czy uda się zrobić milionowy budżet? Gorąco w to wierzę. Budżet miasta jest już zatwierdzony i wiadomo, jakie kwoty dostaniemy, ale nie są one takie, by pozwoliły nam dobić do miliona. Na bieżąco jestem w kontakcie z burmistrzem, spotykamy się przynajmniej raz w miesiącu i rozmawiamy o różnych możliwościach. W kwietniu, maju w czerwcu coś się może w temacie finansów zmienić, oczywiście na plus. Oprócz targowiska chcielibyśmy się oprzeć o takie rzeczy jak stypendia dla sportowców i tu kwota nie jest doprecyzowana. Możemy liczyć na pieniądze na umowę reklamową. A resztę musimy sobie już wypracować sami. 7 maja organizujemy w Radzionkowie spotkanie z burmistrzem, na którym pan Gabriel Tobor będzie się starał zaprosić lokalny biznes do współpracy z klubem. Mamy przygotowane pakiety reklamowe i chcemy stworzyć taką piramidę sponsorów. Począwszy od najmniejszych firm, po większe i bogatsze. Uważam, że to jest najzdrowsze. Jeśli oprzemy się na 20-30 firmach, które pozwolą nam funkcjonować, będziemy bezpieczniejsi, niż gdybyśmy się oparli na jednej-dwóch. Nawet gdyby z jedną coś się stało, to nie dzieje się taki dramat. Każdy miesiąc będzie przynosił nam nowe wiadomości i więcej konkretów.
Współpraca z burmistrzem wygląda teraz lepiej? Pamiętam, że w I lidze różnie z nią bywało...
- Poprawiło się. Chociażby przez nasz kontakt z burmistrzem. Nie unikamy trudnych tematów. Miasto też ma swoje problemy finansowe - która gmina ich nie ma? A tym bardziej małe gminy, które nie mają na swoim terenie nie wiadomo jakich zakładów i nie wiadomo jakiego budżetu. Staram się to zrozumieć. Każdy próbuje przeciągnąć "linę" na swoją stronę. Najważniejszy jest dialog. Jeśli się rozmawia, można wiele spraw załatwić. Do tego dążymy. Na pewno nie są to środki, które byśmy sobie wymarzyli i które pozwoliłyby nam spokojnie grać oraz myśleć nawet o wyższych celach. Mam nadzieję, że burmistrz i miasto, radni i mieszkańcy Radzionkowa zrozumieją, że Ruch jest potrzebny temu miastu jako jego główna wizytówka na całą Polskę. Nic tak nie promuje Radzionkowa. To jest tak naprawdę jedna z atrakcji miasta. Liczę, że wszyscy wspólnie w tym kierunku pójdziemy. Drużyna nie jest po to, żeby grać dla prezesa czy burmistrza. Jest dla mieszkańców Radzionkowa. Wszyscy powinniśmy zrobić jak najwięcej, by Ruch znów mógł występować. W tym roku klub obchodzi 94. rocznicę, do setki już więc niewiele. Żal byłoby to wszystko zaprzepaścić.
Czuje pan wsparcie lokalnej społeczności i biznesu? Czy raczej każdą złotówkę musi pan wyszarpać po ciężkich bojach?
- O środki finansowe na pewno trzeba walczyć. Czy czuję wsparcie? Na pewno zainteresowanie, bo z każdej strony ludzie mnie pytają, czy Ruch wystartuje, co robimy, czy będzie drużyna. Ze wsparciem i pomocą - szczerze - już trochę gorzej. Może każdy czeka, co się wydarzy i jak zobaczy, że wystartowaliśmy, to pomyśli "ja też się włączę!". Problem polega na tym, że najwięcej osób powinno się włączyć w tym najtrudniejszym momencie.
Najtrudniejszy pierwszy krok.
- Dokładnie. Jeden patrzy na drugiego i zastanawiają się, kto będzie tym pierwszym, który pomoże Ruchowi. Liczę, że kwestia ogłoszenia trenera i zbliżania się do startu pozytywnie odbije się w społeczności lokalnej i niektórzy bardziej uwierzą, że będzie dobrze i dołożą swoją cegiełkę do tego.
Pamiętam, że burmistrz Tobor mówił kiedyś, że dla takiego miasta jak Radzionków, III liga to maksimum. Czyli w dalszej perspektywie, możecie sobie grać w tej lidze, ale żebyście przypadkiem nie spróbowali awansować, bo znowu się zaczną problemy?
- W świątecznym wywiadzie dla naszego magazynu "Ciderland", burmistrz powiedział, że można by powalczyć w najbliższym czasie o awans do II ligi. Nie chcę powiedzieć, że sam sobie przeczy, bo może to było powiedziane troszkę żartobliwie... Na chwilę obecną III liga to jest maksimum i trzeba to sobie powiedzieć. Są dwa powody. Pierwszy - finansowy. Drugi - infrastrukturalny. Z tym stadionem w II lidze nie damy rady. Co roku zaostrzają się przepisy licencyjne, PZPN przestrzega ich coraz bardziej restrykcyjnie. Powiedzmy sobie szczerze, że jakbyśmy chcieli grać wyżej, to nie tutaj. I tu nie chodzi o jakąś kosmetykę. Nie. Tu trzeba gruntownej przebudowy. Na to nie ma szans.
W ogóle nie widać takiej perspektywy?
- Nie, na pewno nie. Stadion jest na terenie Bytomia i nawet gdyby znalazły się jakieś środki, to nie wiadomo, kto miałby je wyłożyć. Miasto Bytom? Nie. Miasto Radzionków? Też nie. Klub? Jasne, że nie. Poza tym, jedni, drudzy i trzeci nie mają. Kluczem jest nowy obiekt w Radzionkowie.
Na terenie samego miasta?
- Tak. Ten temat trochę się przeciąga...
Wyglądacie na klub bez dłuższej perspektywy. Kiedyś wasz obiekt spełniał wymogi ekstraklasowe, potem już tylko I-ligowe. Teraz nie spełniacie II-ligowych i jak tak dalej pójdzie, za jakiś czas w III lidze też nie będziecie mogli na nim grać!
- Może z III ligą się pan zapędził, bo to już trochę bardziej rozgrywki lokalne. Grają tam drużyny - nie chcę nikogo obrażać - ale raczej na boiskach niż na stadionach. Ale faktycznie, chcąc się rozwijać, potrzebujemy bezwzględnie nowego obiektu. To jest problem całego Śląska. Gliwice się z tym pierwsze uporały.
Teraz budują Zabrze, Tychy, Bielsko-Biała.
- Ale jeszcze do niedawna był to problem całego Śląska i Ruch Radzionków się w to niestety wpisuje. Mam nadzieję, że pójdziemy za tą falą. Może nie w ciągu najbliższego roku-dwóch, ale jakieś działania są wykonywane i mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie uda nam się zagrać na nowym stadionie. A to otworzy furtkę do walczenia o coś więcej.
Z tego, co słyszę, może wam być ciężko o kibiców w przyszłym sezonie. Wiadomo, że na początek ciekawość może przyciągnąć tłumy, ale potem drużyna będzie tylko grać dla samej gry, o nic nie będziecie walczyć?
- Na pewno będziemy sobie stawiali jakieś cele. W każdej lidze gra 16-18 drużyn i sorry, nie każda może walczyć o awans. Niestety, taki jest sport. Ale mam nadzieję, że będziemy się na tyle godnie prezentować, walczyć o każdy metr boiska, nie będziemy kalkulować, chcąc zapewnić fajne widowisko. Mam wrażenie, że fani też już są spragnieni gry. Sam jako kibic wiem jak to jest. To głupie uczucie, nie móc co sobotę pójść zobaczyć mecz swojej drużyny. Trudna sprawa. Głód piłki też tu pewnie wróci i mieszkańcy będą chcieli nas oglądać.
Kiedy latem rozmawiano o przyszłości Ruchu, pojawiały się trzy możliwe opcje. Gra w I lidze za wszelką cenę, roczne wycofanie i przystąpienie później do III ligi, albo gra w A klasie w miejsce drużyny rezerw. Z perspektywy czasu, nie byłoby łatwiej wyjść na zero, grając w A klasie? III liga też kosztuje.
- To prawda, ale uważam, że Ruch Radzionków nie zasługuje na to, by wałęsać się po A klasie. A chcąc wrócić do III ligi, trzeba by poświęcić przynajmniej pięć lat, żeby te awanse wywalczyć. Do okręgówki to nie byłby taki problem, ale żeby wejść do IV czy do III ligi też trzeba mieć środki. Podejrzewam, że nawet większe niż na to, żeby się w tej lidze utrzymać. Poza tym, aspekt finansowy. Jeżeli Ruch Radzionków spowodował zadłużenie wobec wielu ludzi, to należało wziąć na siebie i te rzeczy wyregulować, a nie powiedzieć "sorry, to nie my, to był kto inny. Było, minęło". To byłoby nie fair. Ludzie, podpisując z nami ugody, liczą się z tym, że spłata zadłużenia potrwa nawet kilka lat, ale regularnie otrzymują pieniądze. Staramy się z wszystkiego wywiązywać, bez względu na to, czy ja ponoszę za to odpowiedzialność, czy ktoś inny. Ruch Radzionków ponosi odpowiedzialność. Nie chodzi o nazwiska. Należy pewne rzeczy naprawić.
Nie kusiła was - coraz częstsza niestety - "droga na skróty", czyli połączenie się z jakąś drużyną i stworzenie nowego podmiotu?
- Można było zmienić "KS Ruch Radzionków" na "MKS Ruch Radzionków". Zawsze takie rzeczy są rozpatrywane, ale trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. Mam wrażenie, że niektórzy będą nas przez to bardziej szanować. Potrafimy stawić temu czoła, skoro pewne rzeczy kiedyś zepsuliśmy. Mam nadzieję, że przez to wzrośnie nasza wiarygodność, że będziemy postrzegani jako tacy, którzy mieli problemy, ale potrafili z nich wyjść. Który klub w dzisiejszej piłce nie ma kłopotów? Zadłużenia są o wiele większe od naszych i kluby dalej grają, bo mają za sobą większe miasta i jakoś - na krawędzi - funkcjonują. To jest smutne.
To spytam jeszcze o pierwsze z możliwych letnich rozwiązań. Może trzeba było spróbować szaleństwa i za wszelką cenę wystartować w I lidze? Nie mielibyście raczej gorszych wyników niż obecnie Polonia Bytom.
- Nie wiem, czy to jest takie przyjemne, nie wygrać ani jednego meczu w rundzie. Poza tym, wynik sportowy to jedno. Ale zakaz transferowy powoduje, że ja nie wiem, kim byśmy mogli grać. To byłby bardzo duży problem. Nie było skąd wziąć zawodników. A środki na funkcjonowanie? Gdy mieliśmy zablokowane konta, to co drugi tydzień mielibyśmy problem, jak pojechać na mecz wyjazdowy. Przecież trzeba wynająć i opłacić hotel, znaleźć transport. Mecze u siebie to znowu system identyfikacji kibiców, firma ochroniarska, mnóstwo rzeczy związanych z bieżącymi płatnościami. To by wszystko było postawione do góry nogami.
Znane postacie, które w ostatnich latach wybiły się z Ruchu Radzionków - Artur Skowronek, Rafał Górak czy wielu zawodników - pamiętają o klubie?
- Na bieżąco rozmawiamy, jesteśmy w kontaktach telefonicznych. Ostatnio odwiedził nas Łukasz Skorupski. Na pewno jest widoczne ich zainteresowanie i troska o Ruch. To bardzo cieszy. Spotkałem się z Adamem Banasiem i dużo rozmawialiśmy na temat klubu. Dlatego tym bardziej byłoby żal tak to wszystko puścić w niepamięć i zamknąć klub, który funkcjonował przez 94 lata i jest jednym z najstarszych na Śląsku.
Kiedy ogląda pan mecze ekstraklasę, nie jest panu żal, że tych wszystkich postaci, które kiedyś wybiły się z Ruchu, nie udało się zatrzymać? Gdyby ich zebrać, byłaby całkiem mocna ekipa...
- Nie, mnie to cieszy, że ci chłopcy sobie poradzili i kontynuują kariery, cały czas się rozwijając. Życzę każdemu z nich jak najlepiej. Zarówno trenerom, jak i piłkarzom. Dobrze, że po długiej kontuzji w Polonii Warszawa odżył Miłosz Przybecki. Podczas relacji z meczów często przewija się w ustach komentatorów nazwa naszego klubu, co też jest cenne. Pewnie gdyby dalej grali w Ruchu Radzionków, to nie byliby dziś tacy dobrzy. Był im potrzebny krok do przodu. Nie można się obrażać. Trzeba się cieszyć z tego, że byli kiedyś u nas.
Żeby powoli podsumować naszą rozmowę, widzi pan, że udało się stworzyć zdrowsze fundamenty klubu niż to miało miejsce wcześniej?
- To byłoby naprawdę szaleństwo, gdyby taki upadek nie dał nam nauczki. Gdybyśmy z tego nie wyciągnęli wniosków, nie byłoby to już normalne. Zaczęliśmy rozmowę od budżetu na poziomie miliona złotych, ale jeśli się nie uda go uzbierać, to będziemy grać za 800 albo 750 tysięcy. Jeśli danemu zawodnikowi nie będą odpowiadały zaproponowane warunki finansowe, to po prostu nie będzie grał w Radzionkowie. Podamy sobie ręce i będę mu życzył powodzenia w szukaniu innego klubu. Obiecałem pozostałym członkom zarządu oraz burmistrzowi, że będziemy tak działać. Będziemy funkcjonować w ramach tego, co będziemy mieli. Trener też ma powiedziane, że dostanie tyle, na ile nas będzie stać. Ja wiem, że z punktu widzenia szkoleniowego, fajnie wyjechać na obóz czy na mecz dzień wcześniej, ale jak na to nie będzie pieniędzy, to nie będziemy tego robić. Prosta zasada. Jeśli ja czy pan, mamy 1500 złotych, to jedziemy na wakacje gdzieś blisko, a nie wybieramy się w egzotyczną podróż. Niestety.
Bardziej obawia się pan startu nowych rozgrywek, czy nie może się pan go doczekać? Nie okaże się, że wszystko szło dobrze, dopóki nie zaczęliście grać?
- Tego się już nie obawiam. Jak dojdziemy do momentu, że Ruch będzie mógł występować na boisku, to będzie nagroda za ciężki rok pracy. Mecze będą ciężkie, ale każdy kibic liczy się z tym, że raz się wygra, raz przegra. Chodzi jednak o emocje, o adrenalinę. To daje radość. Nie mogę się doczekać.
Jest pan w 100 procentach pewny, że Ruch Radzionków w przyszłym roku wystartuje w III lidze? Nie ma nawet procenta ryzyka?
- Ciężko to ocenić procentowo. Ja wiem po prostu, co mamy zrobić, żeby wystartować. Jeśli tego nie zrobimy, to nie wystartujemy. Trzeba przyjąć taki scenariusz, że nie wszystko pójdzie tak, jak byśmy chcieli, nie uda się osiągnąć porozumień z ZUS-em czy z kimś innym. Jest takie zagrożenie. Ale mam wrażenie, że z każdym miesiącem jest ono coraz mniejsze. Powoli wszystkie klocki się składają, więc raczej wystartujemy.
Mówiliśmy, że za sześć lat klub będzie świętował stulecie. Gdzie pan wtedy widzi Ruch Radzionków?
- Na pewno na nowym stadionie. To nie ulega wątpliwości. Ciężko mówić. Kiedyś Ruch Radzionków pałętał się po III ligach i za chwilę znalazł się w ekstraklasie. A kilka lat temu? Graliśmy w III-IV lidze, a za moment byliśmy w I. Los i życie są nieprzewidywalne. W sporcie pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Czasem drużyna gra tak super, że wszystkich zaskoczy i wywalczy awans. Gdzie bym chciał, żebyśmy byli? Dobrze by było, gdyby Ruch zaistniał jeszcze w I lidze. Zdaję sobie sprawę, że wymogi na grę w ekstraklasie stają się powoli takie, że mogą je spełnić tylko duże miasta. Miasteczka raczej odpadają, nie licząc ośrodków, w których jest jakiś potężny inwestor z prawie nieograniczonymi środkami finansowymi. Taka Nieciecza. Ale mocne, duże miasta, ze stadionami i z kibicami powoli zaczynają dominować w ekstraklasie. W I lidze potrafiliśmy jednak grać i radzić sobie z dość niewielkim budżetem. To jest realny poziom rozgrywek dla Ruchu Radzionków, ale musiałoby się na to złożyć bardzo wiele czynników.
Dodane: 2013-04-08