Z kart historii: Ruch - Polonia Słubice (2005r.)
Za oknem już zima zawitała na dobre, pierwszy śnieg spadł a niebawem każdy z nas usiądzie przy stole wigilijnym z rodziną. Nie wiem dlaczego, ale gdy jest taka pora roku jak teraz od razu przypomina mi się mecz z 2005r. z Polonią Słubice ...Pewnie większość z Was z tego meczu nic nie zapamiętała i każdy zastanawia się co mogło być specyficznego, godnego zapamiętania na spotkaniu z Słubicami.
Powiem szczerze, że ja osobiście wyniku nie pamiętam chociaż to mnie najmniej obecnie interesuje, lecz na pewno zapamiętam to, że był to pierwszy taki mecz z tak małą frekwencją na naszym stadionie, gdzie oprócz młyna w którym zjawiło się około 70 osób, nie było nikogo na stadionie!
Co mogło odstraszyć resztą publiki ? Na pewno zimowa pora, ponieważ mecz był rozgrywany w listopadzie, gdzie napadało już sporo śniegu i oprócz tego pora meczu również nie za ciekawa, bo z tego co pamiętam to niedziela 13:00 (?). Już nie wspominając o sytuacji Ruchu, która była gorsza niż tragiczna.
Wracając do samego meczu to tak jak wcześniej wspomniałem, w młynie na trybunie „Tramwajowej” około 70 osób plus jakiś pięciu pikników obok nas, którzy też włączali się do dopingu. Na przeciwnej trybunie tylko zarząd na balkonie plus gospodarze stadionu, a tak pustki.
Na płocie została wywieszona tylko jedna duża flaga „Brygada RR” która w zasadzie wystarczyła na całą długość naszego skromnego młyna.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć małej oprawy. Najpierw odpaliliśmy jakieś tam bengale, które dały marny efekt przez porę rozgrywanego meczu podobnie jak stroboskopy.
Później zaprezentowaliśmy nasze czyste żółto-czarne transparenty i na sam koniec najlepsze.
2005 rok był okresem, gdzie hitem na stadionach były tzw. ognie wrocławskie.
Były łatwe do przeniesienia, tanie i dawały fajny efekt bez znaczenia czy mecz był rozgrywany przy oświetleniu czy też w dzień (zresztą tak jest do dzisiaj ).
Już wtedy działająca na naszych trybunach grupa ultras South Inferno miała w swoich szeregach kibica, który interesował się chemią i sam coś tworzył w domowym zaciszu, więc postanowił zrobić ognie wrocławskie.
Oczywiście za nim odpaliliśmy „ognie radzionkowskie” w młynie było sporo śmiechu.
Jeden z kibiców stwierdził „ A co jak nas teraz wypierdoli ?” : ) drugi znów rzucił pomysłem, by pirotechnik poszedł sam odpalić swój wynalazek na drugą trybunę, gdzie nikogo nie było.
W końcu nadeszła chwila prawdy i do prawdziwych ogni wrocławskich trochę brakowało, lecz sporo dymu z tego było no i te świece czy jak to nazwać, nie chciały się … wypalić, bo dymiły dobre 7 minut jak nie więcej.
Po meczu wskakując na płot podziękowaliśmy piłkarzom za mecz. Oni również nam bo mogli liczyć na nas w każdym meczu i tak jest do dzisiaj!
Przeglądam teraz zdjęcie, które było zrobione na sam koniec meczu – bardzo młody skład mieliśmy.
Widzę Rzepeckiego, Cibe, Pogorzałka, nawet były trener Górak się znalazł no i nasz Jacuś, Jacek Jankowski.



Powiem szczerze, że ja osobiście wyniku nie pamiętam chociaż to mnie najmniej obecnie interesuje, lecz na pewno zapamiętam to, że był to pierwszy taki mecz z tak małą frekwencją na naszym stadionie, gdzie oprócz młyna w którym zjawiło się około 70 osób, nie było nikogo na stadionie!
Co mogło odstraszyć resztą publiki ? Na pewno zimowa pora, ponieważ mecz był rozgrywany w listopadzie, gdzie napadało już sporo śniegu i oprócz tego pora meczu również nie za ciekawa, bo z tego co pamiętam to niedziela 13:00 (?). Już nie wspominając o sytuacji Ruchu, która była gorsza niż tragiczna.
Wracając do samego meczu to tak jak wcześniej wspomniałem, w młynie na trybunie „Tramwajowej” około 70 osób plus jakiś pięciu pikników obok nas, którzy też włączali się do dopingu. Na przeciwnej trybunie tylko zarząd na balkonie plus gospodarze stadionu, a tak pustki.
Na płocie została wywieszona tylko jedna duża flaga „Brygada RR” która w zasadzie wystarczyła na całą długość naszego skromnego młyna.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć małej oprawy. Najpierw odpaliliśmy jakieś tam bengale, które dały marny efekt przez porę rozgrywanego meczu podobnie jak stroboskopy.
Później zaprezentowaliśmy nasze czyste żółto-czarne transparenty i na sam koniec najlepsze.
2005 rok był okresem, gdzie hitem na stadionach były tzw. ognie wrocławskie.
Były łatwe do przeniesienia, tanie i dawały fajny efekt bez znaczenia czy mecz był rozgrywany przy oświetleniu czy też w dzień (zresztą tak jest do dzisiaj ).
Już wtedy działająca na naszych trybunach grupa ultras South Inferno miała w swoich szeregach kibica, który interesował się chemią i sam coś tworzył w domowym zaciszu, więc postanowił zrobić ognie wrocławskie.
Oczywiście za nim odpaliliśmy „ognie radzionkowskie” w młynie było sporo śmiechu.
Jeden z kibiców stwierdził „ A co jak nas teraz wypierdoli ?” : ) drugi znów rzucił pomysłem, by pirotechnik poszedł sam odpalić swój wynalazek na drugą trybunę, gdzie nikogo nie było.
W końcu nadeszła chwila prawdy i do prawdziwych ogni wrocławskich trochę brakowało, lecz sporo dymu z tego było no i te świece czy jak to nazwać, nie chciały się … wypalić, bo dymiły dobre 7 minut jak nie więcej.
Po meczu wskakując na płot podziękowaliśmy piłkarzom za mecz. Oni również nam bo mogli liczyć na nas w każdym meczu i tak jest do dzisiaj!
Przeglądam teraz zdjęcie, które było zrobione na sam koniec meczu – bardzo młody skład mieliśmy.
Widzę Rzepeckiego, Cibe, Pogorzałka, nawet były trener Górak się znalazł no i nasz Jacuś, Jacek Jankowski.



Dodane: 2012-12-18